„Pomaganie żołnierzom jest najbardziej humanitarną humanitarką, jaką możemy robić” – mówi Tomasz Sikora, założyciel Fundacji Sikorki na Ukrainie. Pacyfista, programista, tancerz tanga argentyńskiego, który od lutego 2022 roku dostarcza drony, pojazdy i sprzęt taktyczny bezpośrednio na pierwszą linię frontu wschodniego.
W rozmowie opowiada, jak od pomagania uchodźcom na granicy przeszedł do wspierania jednostek wojskowych w okopach 500 metrów od rosyjskich pozycji. O tej ewolucji rozmawiamy w tym odcinku.
Tomasz Sikora jest założycielem i liderem Fundacji Sikorki na Ukrainie, która od lutego 2022 roku wspiera ukraińskich żołnierzy na pierwszej linii frontu. Przed wojną pracował w branży IT jako programista, zajmował się tangiem argentyńskim i angażował się w prodemokratyczny aktywizm uliczny. Wraz z Joanną Czarnocką zaczął od pomocy uchodźcom na granicy polsko-ukraińskiej, a następnie przekształcił inicjatywę w fundację specjalizującą się w dostarczaniu sprzętu taktycznego, dronów, pojazdów i zaopatrzenia medycznego bezpośrednio do jednostek walczących na froncie wschodnim. Do końca 2024 roku fundacja przekazała pomoc o szacunkowej wartości 7 milionów złotych.
Sikorki na Ukrainie – rozmowa z Tomaszem Sikorą
Pomoc Ukrainie jako temat tabu
Michał Szymanderski-Pastryk: Dzień dobry Państwu, witam w programie bez nazwy, ponieważ jak na razie to jest pierwszy tego typu film na tym kanale i nie wiem, czy będzie to jakaś ciągła seria, czy nie, ale uznałem, że ta rozmowa jest na tyle ciekawa i Tomek, który zaraz się przedstawi, jest na tyle ciekawą osobą i prowadzi na tyle ciekawą inicjatywę, że po prostu w jakiś sposób chciałem pokazać właśnie go i jego działalność, jego zespołu. Więc przechodząc do rozmowy. Dzień dobry, Tomku.
Tomasz Sikora: Cześć, Michał, bardzo ładnie przedstawiłeś naszą aktywność. Mam nadzieję, że uda nam się tą ciekawością zarazić słuchaczy. Zobaczymy.
Michał Szymanderski-Pastryk: Prowadzicie taką inicjatywę, która się nazywa Sikorki na Ukrainie – od twojego nazwiska Sikora – i wspieracie wojska. I uznałem, że to jest ciekawy temat dlatego, że mam takie poczucie, że temat wspierania wojsk na Ukrainie przez organizacje pozarządowe jest trochę tematem tabu. To znaczy rząd może wspierać, może przekazywać czołgi, armaty, cokolwiek innego, ale wśród organizacji pozarządowych mam poczucie, że panuje taka atmosfera, że okej, to wspierać to ratowników można wysyłać, że można humanitarnie, że szkoły odbudowywać, tego typu rzeczy.
Ja pamiętam, jak dwa lata temu zwróciła się do mnie jakaś organizacja o tym, żeby pomóc jej w zasadzie zbierać na naboje. Później nic z tego nie wyszło, oni gdzieś zamilkli, ale ja wtedy miałem pierwszy raz taką refleksję, że okej, jaki kodeks etyczny powinna mieć moja agencja marketingowa. Dla mnie było przedtem oczywiste, że ja poruszam się w ramach pewnych wartości, wspieram prawa człowieka i tak dalej, ale w sytuacji wojny na Ukrainie trochę to ma inny wymiar.
Pacyfiści, którzy pomagają żołnierzom
Michał Szymanderski-Pastryk: Jak to się stało, ja ciebie znałem wcześniej, że ty z osoby, która raczej ma pokojowe nastawienie, uznałeś, że będziecie wspierać wojska, które zajmują się zabijaniem?
Tomasz Sikora: Posłuchaj, my jako grupa Sikorki na Ukrainie składamy się głównie z pacyfistów o dosyć lewicowych przekonaniach. My pomagamy żołnierzom, ponieważ taka pomoc w największym stopniu chroni cywilów. Wsparcie żołnierzy jest najwydajniejszym sposobem ochrony cywilów. Ponieważ tiry mleka, tiry pampersów, tiry jedzenia nie zatrzymują okupanta, który przychodzi, zajmuje twoją miejscowość, a następnie mówi ci, że musisz przyjąć obywatelstwo rosyjskie. Inaczej stracisz prawo do szkoły, prawo do opieki zdrowotnej, twoje mieszkanie, twoje nieruchomości zaczną być traktowane jako pustostany i konfiskowane przez państwo, przez administrację okupacyjną. Tylko żołnierze – skuteczni, doświadczeni, odpowiednio wyposażeni żołnierze, żyjący i prowadzący bój – są w stanie zatrzymać okupanta i chronić cywilów.
Od pomocy humanitarnej do wsparcia wojska
Michał Szymanderski-Pastryk: Wy zaczęliście od pomocy humanitarnej, od takiej typowej pomocy uchodźcom i tego, co w zasadzie część organizacji pozarządowych na początku zrobiła. A wy w ogóle nie byliście organizacją. Jesteście jednym z tych ruchów, który powstał, zorganizował się i potem powołaliście fundację, żeby mieć osobowość prawną.
Tomasz Sikora: To było absolutnie bez planu. Wszystko się toczyło. Wybuchła wojna, więc zaczęliśmy jeździć na granicę i z tej granicy rozwozić, odbierać cywilów, przywozić ich do jakichś ośrodków, do Warszawy czy na dworce i ekspediować ich dalej do zachodniej Europy. Tam na tej granicy zostawialiśmy oczywiście jedzenie, koce i takie rzeczy. Potem był drugi etap – obsługa kolejki po drugiej stronie granicy. Przypomnijmy, że to był luty, marzec, tam było chłodno, zimno.
Kiedy padał śnieg, ludzie stali na granicy w kolejkach po kilka dni. Dzieci w samochodach, jakoś ogrzewać trzeba te samochody, żeby one nie pomarzły. Paliwo się kończyło, więc na rowerach rozwoziliśmy benzynę w butelkach półtoralitrowych, tam dolewaliśmy do tych baków.
W pewnym momencie znajomy ze środowiska tanga argentyńskiego, ze Szwajcarii, zapytał nas, czy jesteśmy w stanie ewakuować jego partnerkę z okolic Winnicy, z centralnej Ukrainy. Z Joanną Czarnocką siedzieliśmy i zaczęliśmy się zastanawiać, jak to zrobić. Doszliśmy do wniosku, że trzeba wsiąść w samochód i pojechać.
Pierwszy wyjazd w głąb Ukrainy
To był pierwszy wyjazd do środkowej Ukrainy. To był taki moment, w którym w obwodach sumskich i charkowskich toczyła się pełnoskalowa wojna. Obwody były w dużej części zajęte. Kijów był prawie w okrążeniu. To było kilka miesięcy, dwa, trzy miesiące po wybuchu wojny, wiosna 2022 roku.
Pojechaliśmy tam, do tej Winnicy. Wcześniej wyszukaliśmy organizację, w której można zostawić rzeczy dla uchodźców, rzeczy dla cywilów, jedzenie.
Michał Szymanderski-Pastryk: I to wciąż był etap, że wy w zasadzie pomagaliście taką zwykłą… Ok, ale chodzi mi o to, że wciąż to był moment, w którym wy pomagaliście na takiej zasadzie zwykłego dostarczania cywilom potrzebnych im rzeczy. Jak to się stało? W którym momencie wy nagle z organizacji, która dolewała benzynę do baków, żeby ludzie mieli ciepło, doszliście do wniosku – ok, my musimy zmienić ten model. Jeżeli chcemy chronić ludność, to musimy zacząć dostarczać broń.
Tomasz Sikora: Podczas pracy w przejściowych ośrodkach uchodźczych, zarówno w Winnicy w klasztorze Kapucynów, jak i w Winnicy na dworcu centralnym, później już w Połtawie – to jest jakby obwód przylegający do obwodu charkowskiego, ługańskiego i sumskiego. Praca w szkołach podstawowych, które były zmienione na ośrodki uchodźców. Kontaktowaliśmy się z potworną tragedią tych ludzi, którzy tam dotarli. Ludzi, którzy potracili bliskich, potracili cały dobytek.
Długoterminowo niektórzy przebywali w piwnicach, nie wychodząc po jedzenie, ani za potrzebą, ani żeby się umyć czy zmienić bieliznę. Dopiero wojskowi i wolontariusze ich wyciągali z tych ostrzeliwanych miejsc i odwozili dalej, gdzie już mogli czekać na pociąg ewakuacyjny, żeby dostać się do tej Połtawy czy do Winnicy. Na tym etapie uderzyła nas bezbronność cywila w zetknięciu z tą machiną wojenną, z tymi bombami lotniczymi, z tymi rakietami, z tymi żołnierzami, którzy na transporterach opancerzonych wjeżdżają do miejscowości i sobie strzelają do ludzi dla zabawy.
Spotkanie z podpułkownikiem 59. Brygady
To się zbiegło w czasie ze spotkaniem podpułkownika 59. Brygady Piechoty Zmotoryzowanej, który w tym wolontarskim hubie w klasztorze Kapucynów w Winnicy był. Był, bo też coś tam załatwiał. Spytał, czy nie możemy załatwić jakichś butów, powerbanków, lornetek dla jego 11. Batalionu Obrony Terytorialnej „Ruś Kijowska”. Oni wtedy byli na etapie próby wycięcia korytarza ewakuacyjnego spod Mariupola do miejsca, w którym stały ewakuacyjne statki Erdoğana. Chodziło o ewakuację cywilów. Zaczęliśmy pracować z żołnierzami i pojawił się drugi wektor naszej działalności.
Do tej Winnicy z Połtawy przyjeżdżał jakiś wolontariusz, który jeździł tylko między tymi miastami. W Połtawie to było takie miasto, gdzie było blisko walki. Stamtąd wolontariusze lokalni zaopatrywali żołnierzy. Nawiązaliśmy współpracę z drugą grupą wolontariuszy pracującą z żołnierzami bezpośrednio.
W ramach tych spotkań pojawiła nam się taka oczywistość, z której wynika to, że te podpaski nie dają tyle, ile dają powerbanki, baterie słoneczne, skarpetki, podpaski jako wkładki w buty pochłaniające zimny pot, zachowujące nogi suche, ogrzewania chemiczne, kombinezony zimowe. Ile więcej to daje dla cywilów niż pomaganie bezpośrednio tym cywilom.
Uzbrojenie na początku wojny
Nasza praca polegała na wspieraniu żołnierzy z niepełnych rodzin, z biednych rodzin, którzy nie byli w stanie sami siebie wyposażyć. Początki wojny – uzbrojenie ukraińskich żołnierzy przypominało mi trochę moje wyjazdy do Indii, gdzie widziałem w muzeach broń kolonialną w 90% złożoną z drewna z pojedynczymi metalowymi elementami. Wtedy ta broń na początku wojny ukraińska była potwornie przestarzała i było jej potwornie mało.
Michał Szymanderski-Pastryk: Rozumiem, że to był moment, w którym już doszliście do wniosku, że okej, w takim razie wektor naszej działalności przekierowujemy na po prostu wsparcie militarne. Rozumiem, że później to trochę eskalowało. Zaczęliście od powerbanków i od butów, później przeszliście do magazynków, broni, dronów itd. Rozumiem, że to trochę tak gradualnie przechodziło i w tym momencie już w zasadzie bezpośrednio pomagacie na froncie. Oczywiście to nie jest tak, żebyście tam mieli wolontariuszy, którzy pomagają na froncie żołnierzom, ale dostarczacie im niezbędne zasoby.
Pragmatyzm i odpowiedzialność za pieniądze darczyńców
Michał Szymanderski-Pastryk: I jakbyś mógł opowiedzieć, ponieważ to jest ta rzecz, która według mnie jest szalenie ciekawa w waszym przypadku. W jaki sposób wy pomagacie Ukrainie – bo nie chcę, żeby to źle zabrzmiało – ale przecież macie do tego bardzo taki pragmatyczny stosunek, zdając sobie sprawę, że Ukraina to po prostu nie jest typowa zachodnia demokracja, w której nad wojskiem jest pełna kontrola, wszystko jest czyściutko i idealnie. Nie tylko zdajecie sprawę z trudności kultury organizacyjnej.
Tomasz Sikora: Zdarzają się jakby dwie kwestie. Pierwsza kwestia to jest odpowiedzialność za powierzone nam środki przez darczyńców, przez sponsorów. Naszym zadaniem jest optymalne wykorzystanie każdej złotówki, która została nam przekazana. Chodzi o to, żeby jak najmniejsza część tego przekazu została skonsumowana przez organizację, fundację, a jak największa trafiła bezpośrednio do osób potrzebujących.
Druga rzecz, która jest bardzo ważna, to żeby trafiła do osób, które naprawdę będą posługiwać się tym, i osób, które będą w stanie wykorzystać ten sprzęt. Karabin w rękach jednej osoby może popracować chwilę, ponieważ ta osoba zostanie zabita, bo jest nieprzeszkolona, a w rękach drugiej osoby może pracować 8 lat i za tą osobę Rosjanie mogą wyznaczać nagrodę w wysokości kilku milionów rubli.
Ukraina po Janukowyczu – jak weryfikować odbiorców
Michał Szymanderski-Pastryk: Jak to oceniacie? Komu warto przekazać? Komu efektywniej?
Tomasz Sikora: Należy pamiętać, że Ukraina to kraj po Wiktorze Janukowyczu. Janukowycz był prezydentem, ale w kategoriach mentalnych i faktycznych był jednym z oligarchów Putina, który traktował Ukrainę trochę jak satelitę Rosji. W Ukrainie obowiązywały te same zasady, piramidy korupcyjne, na których opiera się struktura władzy Federacji Rosyjskiej. Z każdych 200 hrywien łapówki przyjmowanej przez szeregowego policjanta drogowego jakaś część tych pieniędzy trafiała na samą górę.
W momencie rewolucji Majdanu, kiedy Janukowycz uciekł z Ukrainy do Rosji, wrócił do swojego patrona, był zastany jakiś model społeczny. Zarówno polityczny, tradycyjny, jak i mentalny. To się powoli zmienia. Po 2014 roku trochę się zmieniło, po wybuchu pełnoskalowej wojny bardzo się zmieniło, ale ciągle ta Ukraina nie jest krajem tak transparentnym. Polska nie chce mówić, że Polska jest krajem transparentnym.
Michał Szymanderski-Pastryk: Zachodnią demokracją.
Tomasz Sikora: Nie jest zachodnią demokracją. Sądy tam działają gorzej, wojsko jest zorganizowane, jest po prostu korupcja.
Audyt na pierwszej linii
Michał Szymanderski-Pastryk: Więc w jaki sposób wy właśnie na froncie weryfikujecie, komu warto dać, a komu nie?
Tomasz Sikora: W momencie, w którym zgłasza się do nas nowy podmiot – tym podmiotem może być pojedynczy żołnierz, może być szef pododdziału, szef roty, szef batalionu czy ktoś z administracji brygady czy nawet korpusu armijnego. Na różnych poziomach ta współpraca przebiega, ale jeżeli ktoś się do nas zwraca z prośbą o pomoc, to przede wszystkim audytujemy to miejsce, w którym pomaga.
Zaczynamy od sprawdzenia, gdzie dana jednostka organizacyjna, wojskowa funkcjonuje. Ponieważ wychodzimy z założenia, że pomagamy tylko tym, którzy wykonują realną pracę na pierwszej i zerowej linii. Ci, którzy pracują w bezpośrednim kontakcie z wrogiem. A ci, którzy na drugiej linii, na sztabach pracują, to jakoś sobie dadzą radę i oni nie są naszym celem pomocowym.
Więc przede wszystkim sprawdzamy poprzez różne mapy, jak i naszych znajomych w służbach, gdzie dane jednostki funkcjonują. Jeżeli one funkcjonują na kluczowych odcinkach frontu, to wtedy umawiamy się i pierwszy raz jedziemy z pomocą niezbyt znaczącą, żeby coś przywieźć, żeby było miło. Staramy się dojeżdżać do KSP.
Co to jest KSP
To jest ostatni punkt dowodzeniowo-obserwacyjny przed pozycjami bojowymi typu okopy, jamki, bunkry, budynki, w których się prowadzi działania wojenne. Ostatni punkt, w którym żołnierze mogą się przespać, w którym mają złożone granatniki, amunicję, w których wypełniają magazynki.
Michał Szymanderski-Pastryk: Żeby ludzie mieli wyobrażenie, jak daleko to jest od frontu w praktyce.
Tomasz Sikora: W różnych miejscach bardzo różnie. W Siwiersku byłem na KSP, które było oddalone jakieś 400–500 metrów od Rosjan, dwoma kilkunastopiętrowymi blokami i jeziorkiem. Po drugiej stronie jeziorka stali już Rosjanie. A byłem pod Chersoniem na KSP, które było chyba 40 kilometrów od linii wroga.
Co sprawdzacie na miejscu
Michał Szymanderski-Pastryk: Czyli przyjedziesz do takiego miejsca i co sprawdzacie? Co was interesuje? Co jest tymi czynnikami, po których określacie – ok, tych ludzi warto wspierać i będziemy przekazywać amunicję.
Tomasz Sikora: Takie bardzo podstawowe rzeczy. Patrzymy, czy jest porządek na KSP. Patrzymy, czy tam jest alkohol. Rozmawiamy z żołnierzami i staramy się wybadać, jaki mają stosunek do swojego dowódcy. Dowódcą takiego pododdziału jest zazwyczaj lejtnant, raczej nie wyżej – kapitan już, lejtnant, przepraszam. Nie znam odpowiedników polskiej armii, ponieważ kiedy zaczęła się ta wojna, to o broni, o wojsku wiedziałem tyle, że kula wylatuje tą stroną, gdzie jest dziurka.
Michał Szymanderski-Pastryk: No i przyjeżdżacie, sprawdzacie – rozumiemy, że próbujecie zorientować się, czy jest alkohol, czy jest czysto, rozmawiacie z ludźmi – i przyjmijmy, że ktoś przejdzie tą weryfikację.
Tomasz Sikora: Sprawdzamy, czy mają własne zbiórki, czy z pensji mają jakąś wspólną kasę, którą w razie czego na kolegów rannych przekładają, czy na opony do samochodu na wymianę. Czy sami są zaangażowani finansowo, czy poza tym, że dają swoje życie, stawiają na szali dla obrony kraju, to czy części wynagrodzenia za to życie też nie inwestują z powrotem w podnoszenie, utrzymanie swojej skuteczności. Dla nas to też jest ważne.
Zaangażowanie nie tylko bojowe, ale też finansowe tych żołnierzy. Większość tych prowadzących realnie bój, w zasadzie wszyscy, którzy prowadzą realne boje, odkłada jakąś część swojej wypłaty na wspólny fundusz albo ze swoich wypłat dokłada się do jakichś celowych zakupów. To świadczy o zaangażowaniu i o wspólnotowości, która tam panuje.
Michał Szymanderski-Pastryk: O zaangażowaniu, ale też nie tylko. To świadczy o realistycznej ocenie sytuacji.
Tomasz Sikora: Ponieważ w jakiejś sytuacji ktoś może sobie pomyśleć, że Ministerstwo Obrony Narodowej państwa jest od tego, żeby mnie wyposażyć. Ktoś inny może powiedzieć, że rządy zachodnie powinny mnie wyposażyć albo jakieś NGO-sy powinny mnie wyposażyć. Ale żołnierz, który jest osadzony na czterech łapach w tej rzeczywistości, wie, że nie da rady w ten sposób. Oni muszą dokładać swoje pieniądze, żeby zapewnić tą ciągłość, żeby dokupować sobie urządzenia zrzutowe do ładunków wybuchowych na drony, żeby dokupować sobie odpowiednie detonatory, kontrolery zabezpieczające. Kupę rzeczy.
Dostarczenie i weryfikacja sprzętu
Michał Szymanderski-Pastryk: Wracając do tej analizy, w jaki sposób komu przekazywać i w jaki sposób analizujecie to. Przyjmijmy, że już stwierdzicie, że przyjechaliście na to KSP i uznaliście, że to są ludzie, u których jest porządek, chcemy ich wspierać, robią dobre wrażenie. To co dalej się dzieje? Czy to jest tak, że po prostu oni wpadają w jakiś lejek i zaczynacie im dostarczać rzeczy, na które zgłoszą zapotrzebowanie?
Tomasz Sikora: W miarę możliwości oczywiście. W każdym razie podejmujemy się zebrania środków, zakupu i dostarczenia oczekiwanych rzeczy. Czy to będzie samochód ewakuacyjny, samochód bojowy, czy dron do prowadzenia zwiadu, czy dron do zrzucania ładunków wybuchowych lub zaopatrzenia, czy dron kamikadze – radiowy albo na światłowodzie. W zależności od tego. Czy REB-y, urządzenia do zagłuszania rosyjskich dronów. One są ustawione na samochodach, w plecakach, do okopów, w bardzo wielu konfiguracjach.
Realizujemy takie zamówienie, dostarczamy chłopakom sprzęt. Od strony księgowej oczywiście podpisujemy wszystkie umowy, żeby nasza księgowa nas nie ścigała, ponieważ jest to niezwykle sroga osobowość.
Michał Szymanderski-Pastryk: Czyli macie na to papiery w zasadzie, macie na to umowy podpisane, że przekazaliście broń.
Tomasz Sikora: Nie przekazujemy broni, przekazywać broń mogą tylko podmioty, które mają na to koncesję. W Polsce zakupujemy rzeczy absolutnie niezwiązane z podwójnym przeznaczeniem. Natomiast te rzeczy służące do obrony, do walki kupujemy już bezpośrednio w Ukrainie. Mamy tam swoich producentów, mamy fabryczki, mamy zaufanych ludzi sprawdzanych przez żołnierzy.
Jeżeli chodzi o jakieś rzeczy związane z detonatorami, ładunkami odłamkowymi czy z dronami, to kupujemy to w Ukrainie i bezpośrednio z Ukrainy dowozimy chłopakom.
Dowody przekazania i kontrola
Michał Szymanderski-Pastryk: Co się dzieje potem?
Tomasz Sikora: Potem potrzebujemy podziękowania dla naszych sponsorów i dowodu przekazania. Pierwsze przekazania staramy się osobiście dokonywać, żeby poznać miejsca, poznać ludzi. Potem nasi ukraińscy wolontariusze są w kontakcie z tymi żołnierzami. Po prostu jakby poszerzają grono znajomych, ludzi, z którymi utrzymuje się cały czas kontakt i jest się na bieżąco z ich sytuacją.
Dostajemy materiały potwierdzające przekazanie tego sprzętu, dostajemy podziękowania dla naszych sponsorów, a następnie po jakimś czasie prosimy o informacje, co się ze sprzętem dzieje. I to jest jakby ostatni etap weryfikacyjny. Jeżeli sprzęt jest używany i dalej działa, to dostajemy takie materiały. Jeżeli sprzęt został zniszczony i dostajemy zdjęcia zniszczenia sprzętu, to jest ok.
Natomiast jeżeli mówią, że sprzęt został zniszczony, ale nie ma na to żadnego dowodu, żadnego materiału, to już zapala nam się żółta lampka i kładziemy trochę większą uwagę na kolejne przekazanie.
Jak wygląda oszustwo na froncie
Michał Szymanderski-Pastryk: Co się dzieje? Dlaczego ktoś może powiedzieć, że został zniszczony, a nie został zniszczony?
Tomasz Sikora: To jest jakby najgorszy wariant, o którym mówimy. Może to być tak, że dowódca poprosił o drona czy rolkę siatki maskującej, bo on musi sobie coś porobić i zabrał. Są ludzie nieuczciwi. Niedawno mieliśmy kontakt z sierżantem z jednej brygady zmechanizowanej, który prowadził zaprzyjaźnioną fundację, która produkowała drony na skrzydłach. Nie na śmigłach, tylko na skrzydłach, latające szybciej, dalej i bezpieczniej. Bardzo fajne parametry, bardzo fajne ceny.
My już chcieliśmy od razu je kupować, ale ja jeszcze poprosiłem naszych ludzi od weryfikacji o potwierdzenie. Mamy takiego człowieka, on ma taki stopień z takiej brygady, z takiego batalionu, z takiej roty – jest imię, nazwisko i taka oferta. Okazało się, że to są drony na skrzydłach, których produkcja jest finansowana przez ukraiński MON. Gdybyśmy nie zrobili tego sprawdzenia, to byśmy zapłacili za te skrzydła.
Dostalibyśmy wszystkie papiery, filmy i od początku do końca wyglądałoby to legalnie. Natomiast te pieniądze nie pomogłyby żołnierzom, bo te drony zostałyby im przekazane. Tylko by pomogły komuś stawiać basen.
Michał Szymanderski-Pastryk: Czyli podwójnie by były sfinansowane.
Tomasz Sikora: Takich sytuacji jest dużo, natomiast poprzez metody pracy i odbiorców, którzy przeszli próbę czasu, ponieważ ta wojna trwa już 4 lata – pracujemy z ludźmi, z którymi byliśmy w różnych sytuacjach i naprawdę im ufamy.
Jak zmienia się front
Michał Szymanderski-Pastryk: Mógłbyś opowiedzieć, jak się zmienia ten front, co tam się dzieje? I nie chodzi mi o to, jak się przesuwa, tylko jak życie na nim funkcjonuje. Bo wyobrażam sobie, że jak coś istnieje 4 lata, to tam po prostu już trochę zaczyna żyć. Mówiłeś jakiś czas temu o tym, że nie ma tam siatki, bo jeździcie tam cały czas. Że teraz nagle się zaczęło robić tunele z siatki. Jak to wygląda teraz tam?
Tomasz Sikora: Wiesz co, może opowiem taką historię, którą opowiadał Wampir. Jeden z operatorów dronów, któremu się złamała psychika jakiś czas temu i poszedł do szkolenia nowych operatorów dronów. Ale to było okolice trójkąta między Torem, Limanem a Siwerskiem. Takie wioski donieckie, gdzie chłopcy zajęli domki i tam sobie w tych domkach żyli. Z tych domków bezpośrednio do pracy wychodzili.
I Wampir mówi, że kolega na radiostacji prosi go o papierosy, bo nie ma. No to Wampir wsiada na motocykl i jedzie do wioski i kupuje te papierosy. Tam papierosy dla żołnierzy są dwa razy drożej niż normalnie. Dlatego że tam już infrastruktura zaopatrzeniowa słabo działa, a żołnierze dużo palą, więc na papierosach można zarobić.
Wampir kupuje te papierosy, dojeżdża do końca drogi, potem idzie na piechotę. Mówi, że jakiś pocisk RPG przeleciał. Tam pod drzewami widzi rosyjskiego BTR-a, który parkuje. Mówi, że kolega prosi o te papierosy. Muszę mu zanieść. Nagle czuje jakby zapach jedzenia. Widzi w zagajniku taki dom zburzony, bez dachu. W ściany zostały, kawałek dachu. W środku tego domu starszy mężczyzna w samych slipkach, to był środek lata. Pali ognisko, garnek stoi na jakimś rusztowaniu, tam zupka ładnie pachnie. Wampir pyta go, czy może go ewakuować. Mówi, że się urodził, że zostanie. Pożegnali się. Wampir poszedł dalej.
Do niedawna jeszcze tak wyglądało. To był totalny bałagan. Inaczej – to jest złe słowo. Sytuacja faktyczna bardzo odbiega od mojego naiwnego wyobrażenia o tym, że jest jakaś linia frontu. Tu są okopy tych, tu są okopy tamtych. To było dużo bardziej przemieszane.
Drony zmieniły oblicze wojny
Druga rzecz – to drony kolosalnie zmieniły oblicze tej wojny. Przedtem, kiedy jechaliśmy do chłopców, to przed wyjazdem z bezpiecznego ukraińskiego miasta w stronę pozycji, pytaliśmy, gdzie stoją Rosjanie i czym strzelają. Dzięki temu wiedzieliśmy, jaki zasięg jest strzelania rosyjskiego, bo to artyleria była. Samoloty są drogie, więc rzadko wykorzystywane. Głównie o artylerię chodziło.
Ustawialiśmy marszrutę tak, żeby jak najkrócej być w promieniu ostrzału rosyjskiej artylerii. Ten kawałek, który był w promieniu ostrzału rosyjskiej artylerii, to raczej nie wybieraliśmy głównych asfaltowych dróg, tylko jakieś leśne zawijaski, żeby tam nie było nas widać.
Natomiast dziś te drony sprawiają, że kiedy jedziemy do chłopaków, to w odległości kilku kilometrów od pozycji, od punktów, w których mamy się spotkać, chłopaki wysyłają swoje drony, które nas eskortują. To są drony, które mają potencjalnie zbijać rosyjskie drony, jeżeli by się pokazały.
Jak zmienił się sposób zaopatrzenia
Sposób zaopatrzenia bardzo się zmienił. Kiedyś można było na pierwszą linię dojechać w opancerzonym pojeździe. Na przykład Kozaku, to taki ukraiński Humvee. Za czasów Siwierska i Sołedaru jeszcze jeździliśmy na pozycje bojowe do chłopaków w takich pancernych samochodach. W pewnym momencie na KSP przesiadaliśmy się z naszego humanitarnego busa na samochód. Tam przerzucaliśmy humanitarkę i jechaliśmy.
Michał Szymanderski-Pastryk: Co znaczy humanitarny bus? Wy mieliście swoje busy, czy jest większa grupa ludzi, która jeździ humanitarnymi busami?
Tomasz Sikora: To jest ukraiński wolontariusz, z którym współpracujemy. Czasami też busy jeździły z Polski, natomiast błyskawicznie zobaczyliśmy, że to jest całkowicie nieekonomiczne i nie tak to należy robić. Jeżeliby Rosjanie zajęli przesmyk suwalski i trzeba by było tam pomagać, to czy lepiej jedzenie i wodę wozić z Niemiec, gdzie jest dalej i drożej, czy lepiej to kupić w jakiejś Ostrołęce czy innym okolicznym mieście?
Michał Szymanderski-Pastryk: Krótko rzecz biorąc, gdybyś polecał – przyjmijmy, że jestem człowiekiem, który nie będzie jeździł tam jako wolontariusz. Mam jakieś środki, chciałbym je przekazywać. Zamiast kupić to w Polsce i wysłać paczką, należałoby kupić to na miejscu?
Tomasz Sikora: Drony służące do zabijania na pewno kupujmy w Ukrainie. Będziemy mieli problem z przewiezieniem, dużo fatygi z przewiezieniem. Im bliżej linii frontu jest wytwórnia dronów, tym robi lepsze te drony.
Michał Szymanderski-Pastryk: Dlaczego lepsze drony?
Tomasz Sikora: Większy i szerszy serwis świadczy dla żołnierzy. W momencie, w którym Rosjanie zmienią częstotliwości pracy REB-ów, to można bezpłatnie przeszyć nasze drony na inne częstotliwości.
Fabryczki dronów pod frontem
Michał Szymanderski-Pastryk: To znaczy, że są jakieś serwisy, które sprzedają drony blisko linii frontu?
Tomasz Sikora: Tak, to są takie fabryczki, które mieszczą się w piwnicach albo w jakichś wynajmowanych zakładach przemysłowych.
Michał Szymanderski-Pastryk: I co, to robią zwykli obywatele Ukrainy?
Tomasz Sikora: Współpracujemy z takim zakładem, który produkuje urządzenia do jakichś pomiarów fizycznych. 60% swoich zasobów przeznacza na budowę dronów naziemnych, dronów wodnych, ładunków odłamkowych i detonatorów.
Michał Szymanderski-Pastryk: Czyli w zasadzie taki mały kapitalizm powstał wokół tego. Nie chodzi mi o to, żeby to źle nazywać, tylko żeby określić. Z perspektywy Polski cały czas widzimy takie duże ukraińskie państwo, które otrzymuje mniej lub więcej zasobów od wielkich państw zachodnich. Jest jakiś taki strumyk tych zasobów, który płynie i z tego, nie wiem, Kijowa ten strumyk zasobów jest rozdysponowywany po reszcie Ukrainy.
A rozumiem, że to w zasadzie inaczej wygląda. No bo jeżeli jest producent tych dronów, ja nie wiem, ile on ich produkuje, ale to rozumiem, że on jest jakoś wpleciony – właśnie mówiłeś chociażby o tym sprzedawcy, który te skrzydła dla MON-u robił – w siatkę społecznych kontaktów, społeczno-wojskowych kontaktów i relacji. To nie jest w żaden sposób, przynajmniej ja nie mam takiego poczucia, żeby to było jakkolwiek uregulowane przez państwo. Tam jakby tymi wszystkimi rzeczami zajmuje się Ministerstwo Rozwoju Technologicznego czy Ministerstwo Nowych Technologii, jakoś tak.
Państwowe fabryki a lokalni producenci
Tomasz Sikora: Całym sektorem dronowym. Tam jakby powstają fabryki. Te fabryki państwowe produkują na podstawie środków pozyskiwanych z budżetu. Ten budżet albo jest z podatków, albo z pomocy państw zagranicznych uzupełniany. Natomiast my z tym wielkim przemysłem kontaktu nie mamy. Mamy swoje fabryczki.
Michał Szymanderski-Pastryk: A może umiesz to oszacować jakoś na oko? Patrząc na te jednostki na froncie po prostu widzisz to. Ale to znaczy, że jaka część, nazwijmy to, zasobów broni jest produkowana lokalnie przez jakichś małych producentów, a jaka przez te duże firmy?
Tomasz Sikora: Zupełnie nie jestem w stanie powiedzieć, jak to wygląda w pełnej skali. Ja mogę powiedzieć, jak to wygląda w tym małym wycinku rzeczywistości, z którą kontaktujemy się. Więc mamy na pewno dwie brygady, które są w dosyć gorących miejscach tego frontu. Które w zasadzie nie są zaopatrywane przez sztab w drony. Pomimo tego, że te drony są im bardzo potrzebne.
Mamy jedną brygadę, która wypuszcza około 250 dronów kamikadze dziennie. To jest bardzo dużo. Dron kamikadze kosztuje 1400 złotych jeden. To są duże pieniądze dziennie. To jest ponad 300–400 tysięcy dziennie. Natomiast zupełnie nie dostają dronów typu Mavic czy Autel. Dostają jednorazowe drony kamikadze na radiu. Nie dostają dronów na światłowodach. Nie dostają dronów wielorazowego użytku służących do prowadzenia zwiadu, zrzutów bombowych czy zrzutów zaopatrzenia.
Społeczeństwo obywatelskie w Ukrainie
Michał Szymanderski-Pastryk: Wydaje mi się, że brygady, bataliony, roty mają taką sytuację, jakie układy mają ich komendanci. To nie jest jakoś szczególnie optymistyczne, ale pokazuje, że to jest nie takie homogeniczne.
Tomasz Sikora: Myślę, że to jest błąd poznawczy z perspektywy odległości tych 1200 kilometrów. Może nawet nie chodzi o dystans. Chodzi o to, że my już osiedliśmy w tym porządku Unii Europejskiej. W takim poczuciu, że sprawczość została z nas przeniesiona na organy administracyjne w dużym stopniu. W Ukrainie dzieje się to w dużo mniejszym stopniu. Jednostka musi być dużo bardziej samodzielna, zaradna i samostanowiąca.
Michał Szymanderski-Pastryk: Ale to znaczy, że w zasadzie powiedziałbyś, że tam istnieje całkiem sprawne społeczeństwo obywatelskie?
Tomasz Sikora: Wydaje mi się, że nieporównanie sprawniejsze niż u nas.
Michał Szymanderski-Pastryk: Czyli taka samoorganizacja tam jest na dużo wyższym poziomie?
Tomasz Sikora: O całą ligę wyżej.
Siatka do winorośli i korytarze życia
Michał Szymanderski-Pastryk: Wracając trochę do tej kwestii waszej analizy tych współprac. Opowiadałeś niedawno o tej siatce, którą ściągacie. Rozumiem, że to, co mówiłeś – w Ukrainie możecie kupować tylko tam, rozumiem, że legalnie, sprzęt, który służy na pierwszej linii frontu. A z państw Europy Zachodniej rozumiem, że możecie ściągać…
Tomasz Sikora: Siatka idzie z Holandii. To jest siatka do winorośli.
Michał Szymanderski-Pastryk: Moglibyśmy powiedzieć więcej o tej siatce do winorośli, bo ja już znam sprawę. Dla mnie to było ciekawe, że ta siatka do winorośli jest…
Tomasz Sikora: To jest siatka, na której rośnie w Holandii… Filogrono. Tak, to jest siatka, która jest dużo mocniejsza od takich zwykłych plastikowych siatek. Ona jest sporo słabsza od sieci rybackich. Natomiast jest dużo lżejsza od sieci rybackich. W sytuacji, kiedy sieci rybackie dobrze sprawdzają się przy zabezpieczaniu przed uderzeniami dronów albo odłamków na czołgach, na BTR-ach, na Shrekach – to te siatki do winorośli bardzo dobrze sprawdzają się przy budowaniu korytarzy życia.
Korytarze życia to jest odpowiedź na drony na światłowodach. Na kamikadze i na drony na światłowodach. I są ni mniej, ni więcej jak drogami, nad którymi z tej siatki jest zbudowany tunel. W wysokości 3 czy 4 metrów, szerokości 5 czy 7 metrów, w zależności od tego, jaka to jest droga.
Michał Szymanderski-Pastryk: Czyli co, żeby dostać się do linii frontu, po prostu jest rozstawiona taka siatka?
Tomasz Sikora: Takie siatki są rozstawione, są budowane na kluczowych ciągach komunikacyjnych zaopatrzeniowych. W obszarze, w którym wróg albo poprzez bliskość linii frontu, albo poprzez możliwość wpuszczenia tam grup dywersyjno-rozpoznawczych może operować dronami kamikadze. Generalnie w jedną stronę jadą dostawy amunicji, wody, leków, jedzenia, a w drugą stronę jadą busy z martwymi, rannymi lub ewakuowaną ludnością cywilną.
To są bardzo atrakcyjne cele dla rosyjskich operatorów dronów. I te korytarze życia mają zabezpieczać przed takimi dronami kamikadze. Taki dron kamikadze – w momencie kiedy grupa dywersyjno-rozpoznawcza albo operator o odpowiednim zasięgu, ponieważ są drony, są maszty przedłużające zasięgi komunikacji operatora z dronem. Albo są też drony pośredniczące z retranslatorami, pod które jest podczepione urządzenie elektroniczne, które odbiera sygnał od operatora i przekazuje do drona. Więc ten dystans można poprzez technologię wydłużać bardzo.
I taki dron jakby sobie siada w trawie z włączoną kamerką i sobie obserwuje drogę. I po prostu jeżeli przejeżdża jakiś samochód, który według operatora jest wart wzlotu, to ten dron się podnosi i uderza w ten samochód.
Michał Szymanderski-Pastryk: Ok. Czyli taka siatka jest taką ochroną dla tej drogi.
7 milionów złotych pomocy w 4 lata
Michał Szymanderski-Pastryk: A teraz przechodząc do was jako trochę do organizacji. Działacie od prawie 4 lat i myślisz, że w tym czasie ile wam się udało finansowo przekazać środków? Nie mówię o pieniądzach, tylko mówię po prostu o sprzęcie – i ile on mniej więcej kosztował was – do Ukrainy.
Tomasz Sikora: Tego roku jeszcze w żaden sposób nie podliczaliśmy, natomiast gdzieś tam pod koniec 2024 robiliśmy jakieś szacunkowe podsumowanie. Ponieważ nie da się wszystkiego zmierzyć linijką. Chociażby z takiej sytuacji, że gdzieś jakaś firma przywoziła nam tiry rzeczy dla związków zawodowych w Charkowie, dla żołnierzy, dla uchodźców. I to było robione w sposób tak niezorganizowany, że nawet ani razu nie dostawaliśmy listu przewozowego, żeby zobaczyć, co tam jest. Z grubsza przepakowaliśmy. A tu są termosy, tu są kołdry, tu są powerbanki, tu są buty. To idzie do tych osób, to idzie do tych osób.
Pakowaliśmy i wysyłaliśmy. Więc nie prowadziliśmy takiego spisu dokładnego rzeczy. Nie było na to czasu. Natomiast szacujemy, że do końca zeszłego roku przekazaliśmy pomocy na kwotę 7 milionów złotych.
Wolontariat i profesjonalizacja
Michał Szymanderski-Pastryk: I wy to robicie wszystko wolontaryjnie? Ile z was jest?
Tomasz Sikora: Jest ja i Joanna Czarnocka. Jako trzon tej fundacji jest Kuba Bartosiak. Prawnik, który był fundatorem naszej fundacji w momencie, w którym dostaliśmy od jednego darczyńcy 30 tys. euro. I to był taki moment, w którym stwierdziliśmy, że trzeba zacząć robić oficjalnie i legalnie, żeby państwo nie przefasoliło nam podatku dochodowego.
Michał Szymanderski-Pastryk: A, bo przedtem to szło na wasze prywatne konta i wy z tego kupowaliście…
Tomasz Sikora: Przedtem nawet o pieniądze za bardzo nie prosiliśmy, tylko robiliśmy zbiórki. Miejscem tych zbiórek był Las Rąk na Marszałkowskiej 140. I tam był też nasz magazyn, stamtąd pakowanie, wywożenie. I potem zaczęły się pojawiać pieniądze, ludzie zaczęli przekazywać pieniądze. I w pewnym momencie, bardzo krótko po tym momencie, pojawił się darczyńca, który chciał nam przekazać 30 tys. euro. I to był powód, dla którego założyliśmy fundację. To była dobra decyzja, bo w tej chwili mamy wszystko dużo bardziej poukładane dzięki temu, że prowadzimy tę fundację.
Więc jest Joanna i ja, którzy działamy od samego początku. Potem dołączył Kuba, będąc fundatorem tej fundacji.
Michał Szymanderski-Pastryk: Chodziło mi o to, żebyś zobrazował trochę skalę waszej działalności.
Tomasz Sikora: Mamy jedną osobę, która się zajmuje licytacjami na pierwszą linię. Mamy dwie osoby, które się zajmują księgowością.
Skąd bierzecie pieniądze
Michał Szymanderski-Pastryk: To może przejdę właśnie do sposobów pozyskiwania środków. Ponieważ powiedziałeś o licytacjach na pierwszą linię frontu. Co to znaczy? Skąd bierzecie pieniądze? Rozumiem, że dotacji nie dostajecie.
Tomasz Sikora: Na dzień dzisiejszy większość środków pozyskujemy po prostu z postów na Facebooku.
Michał Szymanderski-Pastryk: Ale to co, indywidualni darczyńcy wpłacają jakieś kwoty typu 50 złotych i z tego się zbiera 7 milionów?
Tomasz Sikora: Tak.
Michał Szymanderski-Pastryk: A macie zagranicznych darczyńców, czy to głównie ludzie z Polski?
Tomasz Sikora: Mamy zagranicznych darczyńców. Za granicą działa prężnie taki Michel Mallard, który pochodzi z Belgii, ale mieszka w tej chwili pod Wenecją. On w sumie zebrał i przekazał nam pomoc o wartości ponad 100 tysięcy euro. Mamy też jakąś fundację amerykańską z Seattle, która przekazuje nam jakieś niewielkie kwoty, ale mamy nadzieję na poszerzenie tej współpracy. Trafiają się sponsorzy zagraniczni, ale za wyjątkiem Michela są to wielkości homeopatyczne.
Czy ta wojna się skończy
Michał Szymanderski-Pastryk: A czy trochę zastanawiacie się, co dalej? Ja oczywiście wiem, że nikt nie wie, kiedy się ta wojna skończy. Trochę można powiedzieć, że czekamy, aż się skończy, bo w zasadzie po to się zwołaliście w wyniku tej wojny. Ale czy macie jakiś pomysł, jak dalej rozwijać organizację?
Tomasz Sikora: Zanim przejdę do organizacji, to chcę powiedzieć o wojnie. Ta wojna się nie skończy. Putin w 2000 roku objął prezydenturę i prowadzi cały czas wojnę. Nieważne, czy to jest pierwsza wojna czeczeńska, druga wojna czeczeńska, Abchazja, Osetia, Donbas i Krym 2014, Ukraina 2022. Pojawiają się kilkuletnie przerwy w tych wojnach, które służą jakby odbudowaniu arsenału, odbudowaniu gospodarki, odbudowaniu jakichś rezerw. I po tym idzie kolejna wojna.
Jeżeli chodzi o sytuację w Ukrainie, to ona na dzień dzisiejszy przy takiej konfiguracji politycznej, światowej, nie skończy się wygraną Ukrainy, tylko może się skończyć na przykład zawieszeniem broni, demilitaryzacją jakiejś strefy przyfrontowej. I minie kilka lat i Putin znowu pójdzie do przodu. Ja w zasadzie nie znam ani jednej umowy, którą Putin by podpisał, której by przestrzegał. No chyba że z Chinami. Ukraina jakby miała gwarancję bezpieczeństwa od Rosji za rezygnację, za oddanie broni atomowej.
Ta wojna się nie skończy. W Europie sytuacja jakby pogarsza się w obszarze dezinformacji i dezorganizacji społeczeństwa. Podkopywania zaufania do instytucji rządzących, polaryzacji, dzielenia i skłócania grup społecznych. Mamy do czynienia z mnóstwem akcji dywersyjnych. Mieliśmy w Polsce dwa pożary w fabrykach broni. Mieliśmy akcję z ładunkami wybuchowymi w przesyłkach DHL. Mamy cały czas zakłócanie GPS-a z obszaru Królewca, z Kaliningradu. Mamy wzrost aktywności stowarzyszeń i partii prorosyjskich. Niesamowite sukcesy Kremla na linii tej wojny propagandowej i dezinformacyjnej. Nie sądzę, że ta wojna się skończy. Jakiś jej etap kinetyczny może na chwilę zostać zamrożony na kilka lat, ale ona pójdzie dalej.
Profesjonalizacja fundacji
Michał Szymanderski-Pastryk: A co dalej z wami?
Tomasz Sikora: Bardzo chciałbym trochę zacząć profesjonalizować nasze działania. Trochę zautomatyzować nasze działania, ponieważ to jest potwornie męczące. Pisanie postów.
Michał Szymanderski-Pastryk: Myślę, że dla dużej grupy osób, które nas oglądają i prowadzą organizacje pozarządowe – wy wszyscy działacie tam wolontaryjnie. Nie ma ani jednego zatrudnionego pracownika.
Tomasz Sikora: Tak. Każdy z nas ma swoją pracę i robimy to po pracy.
Michał Szymanderski-Pastryk: Chcielibyście właśnie sprofesjonalizować działania, ale co to znaczy? Bo z mojej perspektywy to oznacza zatrudnienie pracownika. Bez tego ja sobie nie wyobrażam mieć organizacji, która w ciągu kilku lat… Organizacje, które mają roczny budżet na poziomie miliona złotych, to już są całkiem spore organizacje pozarządowe. Wy w ciągu czterech lat wydaliście około siedem.
Michał Szymanderski-Pastryk: A rozumiem, że w to jeszcze wliczone są wszystkie rzeczowe darowizny, czy to jest poza?
Tomasz Sikora: Materiałowe. Ogólna wartość.
Michał Szymanderski-Pastryk: Ale mimo wszystko organizacja, która przekazywałaby 7 milionów pomocy humanitarnej, to są zazwyczaj już całkiem niezłe organizacje. Co to znaczy, że chcielibyście ją sprofesjonalizować? Jak to widzicie?
Tomasz Sikora: W tej chwili mam zapytanie o drony nocne do rozpoznania dla naszych szturmowców. Mam zapytanie o drony dzienne do rzucania ładunków wybuchowych. Mam zapytanie o kolejnego tira siatek. Mam zapytanie o powerbanki i jedzenie proteinowe dla żołnierzy znajdujących się w otoczeniu, którym trzeba zrzucać. Mam zapytanie o samochód dla jednego wolontariusza, który po 450 dniach wyszedł z niewoli. Mniej więcej tydzień temu wrócił i po rehabilitacji chce z powrotem wrócić do humanitarki.
Tych spraw jest bardzo dużo. One na niewielkiej liczbie głów ciążą i każdy dzień jest szalony. Jest 8 godzin pracy mojej zawodowej, a potem jest jakieś gnanie, włączanie, dopinanie tych spraw wolontarskich. I kończę te działania wolontarskie, kiedy idę spać metodą padnięcia twarzą na poduszkę.
Wypalenie wolontariuszy
Michał Szymanderski-Pastryk: Ja z całą pewnością życzę wam i polecam. Ja wyobrażam sobie, że w sytuacji, w której macie do czynienia z tymi żołnierzami na froncie i ofiarami wojny, to czujecie, że i tak wasze poświęcenie… W zasadzie macie wyrzuty sumienia, że do nich strzelają.
Tomasz Sikora: Dokładnie tak.
Michał Szymanderski-Pastryk: Ja się nie dziwię, że trochę wam głupio jest powiedzieć – no dobra, ja w ogóle na urlop jadę, muszę się wyspać.
Tomasz Sikora: Robisz sobie piąteczek.
Michał Szymanderski-Pastryk: Dokładnie. Ale jednocześnie życzę wam tego, bo wiem, że bez tego tak naprawdę… Ja po prostu wiem, jak dużo organizacji pozarządowych padło. Może nie tyle organizacji pozarządowych, właśnie często to się nawet nie zdążyło przerodzić w organizację pozarządową. Było ruchem społecznym i ci ludzie po dwóch latach tej wiecznej bieganiny, tej pomocy, to były trupy. Więc wy i tak bardzo długo tak naprawdę przetrwaliście.
Ja nie wiem, czy są jakieś w ogóle badania dotyczące tej fali organizacji, która powstała na fali właśnie pomocy humanitarnej. I jak dużo z nich po zarejestrowaniu już popadło w stagnację. Więc jestem ciekaw, na pewno Stowarzyszenie Klon/Jawor za jakiś czas, jeżeli tego jeszcze nie badało – ja po prostu o tym nie wiem – to na pewno za jakiś czas to zbada.
Automatyzacja i darczyńcy cykliczni
Michał Szymanderski-Pastryk: Ok, czyli tak naprawdę chcecie się sprofesjonalizować, to w zasadzie… Ok, a może inaczej. Jeżeli się sprofesjonalizujecie, to jak wy to rozumiecie? To znaczy co byście chcieli uzyskać dzięki tej profesjonalizacji?
Tomasz Sikora: Na pewno chcielibyśmy zautomatyzować pewne procesy dziejące się u nas w fundacji. Pozyskiwanie, kategoryzacja, tagowanie, tworzenie napisów do materiału wideo, publikacja tego na YouTube.
Michał Szymanderski-Pastryk: U was działania, nazwijmy to, content marketingowe, są bardzo istotnym elementem zachęcania ludzi do przekazywania wam pieniędzy.
Tomasz Sikora: No, przynajmniej w moim obszarze na tym się opiera całe pozyskiwanie środków. Ja nie mam żadnych klientów biznesowych, sponsorów biznesowych i to wszystko opiera się po prostu na postach na Facebooku.
Michał Szymanderski-Pastryk: To imponujące, że przez tak długi okres udało wam się to wytrzymać. I co jeszcze byście chcieli uzyskać dzięki takiej profesjonalizacji waszych działań?
Tomasz Sikora: Chcielibyśmy pozyskać wpływy abonamentowe. Czyli cyklicznych darczyńców. Chcielibyśmy wypracować adekwatne sposoby komunikacji z nimi, ponieważ żadne z nas nie zajmowało się kontaktem z darczyńcami, tego typu działalnością. Wybuchła wojna, zaczęliśmy działać, zaczęliśmy pomagać, ale jesteśmy amatorami, brakuje nam wiedzy, jak to robić. Więc te wpłaty cykliczne – my chcielibyśmy pozyskać jakichś partnerów biznesowych.
Pomysł na współpracę z biznesem
Chcielibyśmy wejść we współpracę z producentami odzieży, narzędzi. Dajcie nam 20 kompletów, my zawieziemy to do brygady remontowej, która ma swoje jednostki od Chersonia do Pokrowska i 400 pojazdów tygodniowo wypuszcza z powrotem na front. Dajcie im używać, dostaniecie od brygady certyfikat jakości, dostaniecie materiały marketingowe. Takimi narzędziami można pracować nawet na wojnie.
Michał Szymanderski-Pastryk: Bardzo ciekawy koncept. Ja myślę, że to jest właśnie ten problem, o którym ja trochę zacząłem. Kiedyś, już to się powoli zmienia, ale pamiętam, współpracowałem z taką organizacją, która zajmuje się samobójstwami dzieci. I ten temat kiedyś był trochę tematem tabu, w tym sensie, że jak oni przychodzili do jakiegoś biznesu i mówili – dajcie nam pieniądze na ratowanie dzieciaków, które potencjalnie mogą popełnić samobójstwo – to biznes im mówił: no ważne, ale my się nie za bardzo przy tym chcemy pozycjonować, bo samobójstwa dzieci, no co, mamy pokazać nasz produkt koło samobójstw dzieci?
I oczywiście teraz, od kilku lat, gdy się pojawił coraz powszechniej omawiany temat psychiatrii dziecięcej, to gdzieś tutaj doszło do pewnej, nazwijmy to, emancypacji tego sektora. Ale mam wrażenie, że wy macie trochę podobny problem, to znaczy jednak powiedzenie – no, przekazuję narzędzia, które służą tutaj do budowy drona, który kogoś tam zabija, czy nie wiem, naprawy jakiegoś pojazdu – jest nieco ryzykownym tematem.
Tomasz Sikora: Tymi narzędziami możemy remontować karetki.
Michał Szymanderski-Pastryk: Wiesz, ja się z tobą zgadzam, ale to jest to właśnie, dlaczego wyobrażam sobie, że niestety istnieje trudność. I to samo, wiesz, czuję, że jest na pewno taka trudność, którą może mieć grupa ludzi, która jest gotowa przekazywać pieniądze na pomoc humanitarną, ale już nie jest gotowa przekazywać na drona. Więc mam wrażenie, że to się rzeczywiście może zmieniać, ale jednocześnie to jest taki temat, o którym się trochę nie mówi, nie? Dlatego też bardzo zależało mi na nagraniu tej rozmowy.
Analiza strategiczna i humanitarna humanitarka
Bo mam poczucie, że wy macie, no właśnie, przeszliście bardzo świadomie w pewien proces ewolucji, nie? To znaczy wy się nie zatrzymaliście na tej pomocy humanitarnej, tylko wy wykonaliście analizę strategiczną, czyli pod okonami jakiegoś działania zastanowiliście się – okej, ale czy nasz cel jest realizowany?
Tomasz Sikora: W momencie, w którym robisz coś dla osiągnięcia jakiegoś celu, fajnie jest zastanawiać się cały czas, poddawać wątpliwości, czy droga, którą podążam do tego celu, jest najkrótszą drogą, najlżejszą drogą, optymalną drogą. Z poddawania wątpliwości tych zasad działania własnego doszliśmy do wniosku, że pomaganie żołnierzom jest najbardziej humanitarną humanitarką, jaką możemy robić. I że w momencie, w którym jakby ta armia ukraińska byłaby wyposażona personalnie i przedmiotowo tak jak należy, no to jakby połowa tych strat w ludności cywilnej nie miałaby miejsca.
Puenta
Michał Szymanderski-Pastryk: Tak, to jest, myślę, że dobra puenta naszej rozmowy. To jest bardzo inna perspektywa niż ta taka intuicyjnie przyjęta. Bardzo dziękuję, Tomku, życzę powodzenia wam w waszej aktywności.
No i naszym widzom również bardzo dziękuję za obejrzenie, wysłuchanie tej rozmowy. Nie mogę powiedzieć, czy będą kolejne odcinki, czy nie będzie, gdzie one będą emitowane. Mam nadzieję, że tak. Ale na razie po prostu mamy tą pojedynczą rozmowę, która mam nadzieję, że się podobała.
Tomasz Sikora: Michał, bardzo ci dziękuję za tą rozmowę. Była ciekawa. Mam nadzieję, że ktoś ją będzie oglądał i zainteresuje go jakby nasza działalność. A na koniec chciałem tylko pozdrowić wszystkich wolontariuszy i wszystkich ludzi, z którymi tworzymy Sikorki na Ukrainie. Dzięki.
